Maria Libura

Szczepionki – czyli przerwany łańcuch zaufania

 

Lepiej zjeść i odchorować, niżby miało się zmarnować. To polskie przysłowie niepokojąco dobrze opisuje aferę, jaka właśnie rozpętała się w naszym kraju wokół szczepionek. Aferę bardzo swojską i siermiężną – nie ma w niej knowań szalonych naukowców, ani spisku wielkiego kapitału. Jest za to brak przygotowania niektórych placówek medycznych do przechowywania szczepionek i lekceważący stosunek do procedur i przepisów prawa ze strony personelu medycznego. Stawką w tej grze jest zaufanie pacjentów do systemu ochrony zdrowia w tak wrażliwej i budzącej emocje kwestii jak szczepienia ochronne.

W Polsce niebezpiecznie wzrasta liczba osób niezaszczepionych. Jak wynika z danych Sanepidu, w samej Warszawie ponad 2,5 tysiąca rodziców odmówiło w 2017 r. zaszczepienia swoich dzieci. Tymczasem stare choroby wracają – w styczniu br. na Warmii i Mazurach odnotowano już kilkanaście zachorowań na odrę. U bram czekają kolejne, niemalże zapomniane groźne choroby zakaźne, takie jak krztusiec. Na Ukrainie odnotowuje się sporadyczne przypadki zakażenia polio. Obecne pokolenia nie mogą już pamiętać zgrozy epidemii, dlatego argumentacja za poddaniem się szczepieniom ochronnym spoczywa na sile autorytetu medycyny jako nauki opartej na danych i dowodach, a także medycyny jako praktyki, w której bezpieczeństwa pacjentów strzegą sprawdzone ścieżki postępowania i procedury. Narracja przeciwników szczepień z kolei opiera się na „hermeneutyce podejrzeń”, wedle której „lekarze nie mówią całej prawdy”. Z tego właśnie powodu masowe zlekceważenie konieczności przewidzianej przepisami utylizacji „przegrzanych” szczepionek przez placówki medyczne może być cięższym ciosem w programy szczepień, aniżeli powielany w mediach społecznościowych strach przed autyzmem.

Co tak naprawdę się stało? Jak donosi Dziennik Gazeta Prawna, inspektorzy farmaceutyczni przeprowadzili kontrolę sprzętu chłodniczego w aptekach i przychodniach. W jej wyniku wykryli, że tysiące szczepionek należy poddać utylizacji, gdyż nie były przechowywane w odpowiednich warunkach. Oto bowiem w wyniku przerw w dostawie prądu i braku zabezpieczenia pewnej liczby placówek, które nie były wyposażone w agregaty prądotwórcze, doszło do przerwania tzw. „zimnego łańcucha” – szczepionki nie były chłodzone nawet przez dobę. Dlaczego to ważne? Jak czytamy na stronie Ministerstwa Zdrowia: „szczepionka jest lekiem pochodzenia biologicznego. Oznacza to, że wszystkie szczepionki są szczególnie wrażliwe na warunki przechowywania i transportu, głównie na zmiany temperatury. Od momentu wyprodukowania do momentu użycia szczepionka powinna być przechowywana w warunkach tzw. zimnego łańcucha, co oznacza temperaturę między +2 a +8 stopni”.

Co więcej, wiele wskazuje na to, że lekarze podawali pacjentom szczepionki, pomimo wiedzy na temat błędów w ich przechowywaniu. Wśród nie mniej niż kilkuset zaszczepionych felernymi dawkami osób mają znajdować się także noworodki. Nieprawidłowości stwierdzono w przypadku kilkunastu szczepionek, m.in. przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B, pneumokokom, tężcowi, wściekliźnie i ospie wietrznej. Samo Ministerstwo w oficjalnych zaleceniach dla pacjentów samodzielnie kupujących szczepionki w aptece wskazuje, że można je przewozić bez specjalistycznych opakowań wyłącznie wówczas, gdy temperatura powietrza nie przekracza 25 stopni C, a czas transportu wynosi do 60 minut. Zaleca też lekarzom i pielęgniarkom, by nie wykonywali szczepień, jeśli mają wątpliwości co do zachowania tych rygorystycznych procedur przez pacjentów. W specjalistycznych publikacjach możemy przeczytać, że „nieprzestrzeganie tego standardu, polegające na nawet chwilowym zamrożeniu szczepionki lub na jej przegrzaniu, może prowadzić do utraty jej skuteczności”. A zatem, wedle litery zaleceń, utrzymanie łańcucha chłodniczego chroni nie tylko przed ewentualnymi działaniami niepożądanymi źle przechowywanego leku, ale też decyduje o jego skuteczności w wytworzeniu odporności.

W tym świetle reakcja Ministerstwa Zdrowia po publikacji DGP, polegająca na blankietowym zapewnieniu, że nieprawidłowo przechowywane szczepionki podane pacjentom były całkowicie bezpieczne i skuteczne, może nie tyle rozwiewać wątpliwości opinii publicznej, co budzić kolejne. Niezależnie bowiem od rozważań o czasie stabilności szczepionek, zapewnienie ministerstwa pobrzmiewa, niestety, próbą rozgrzeszenia niedbałych placówek. Jeżeli rzeczywiście, jak słyszymy, szczepionki i miesiąc mogą leżeć na półce w temperaturze 25 stopni C, to po co tak rygorystyczne prawo? I dlaczego drakońskich przepisów przestrzegać mają pacjenci – konsumenci, a nie podmioty wykonujące działalność leczniczą? Czy tym ostatnim wolno stosować rozszerzające interpretacje przydatności leku do użycia? Jeżeli w odniesieniu do szczepionek, to może też i innych preparatów? Jak w takim razie zapewnić, by opacznie rozumiana „gospodarność” placówek nie stawiała ekonomicznego interesu placówki nad dobrem pacjenta?

Należy się oczywiście cieszyć, jeżeli tym razem lekceważenie przepisów nie stworzyło sytuacji bezpośredniego zagrożenia dla pacjentów. Niemniej jednak to, że nie każdy przejazd przez skrzyżowanie na czerwonym świetle skończy się wypadkiem nie oznacza, że takie zachowanie można określić jako bezpieczne. Niespójność pomiędzy komunikacją kryzysową Ministerstwa Zdrowia, a oficjalnymi zaleceniami znajdującymi się na jego własnej stronie, nie służy budowie zaufania, tak potrzebnego do utrzymania pożądanego poziomu wyszczepialności.

W obliczu kryzysu zabrakło też jasnego przekazu dla najbardziej dotkniętych tą sytuacją pacjentów – gdzie szybko sprawdzić, czy przypadkiem nie zaszczepili siebie lub swoich dzieci feralnymi dawkami? Jak mogą się przekonać o skuteczności szczepienia? W takiej sytuacji placówka wykonująca szczepienie nie będzie naturalnym adresatem podobnych wątpliwości. Suchy komunikat na stronie MZ informujący, że „pewien margines przekroczenia wytycznych przechowywania jest dopuszczalny” też ich nie rozwieje. Defensywna komunikacja stanowi natomiast doskonały prezent dla ruchów antyszczepionkowych, które nie muszą już odwoływać się do mocno nadwątlonych teorii o spowodowanych rtęcią odczynach poszczepiennych, by zniechęcać do immunizacji.

Lekarstwem jest większa transparentność i odpowiedzialność po stronie instytucji ochrony zdrowia, a nie – paternalistyczne przekonanie, że skoro mleko i tak się rozlało, to „lepiej o tym nie mówmy, by pacjentów nie przestraszyć”. Narracja „nic się nie stało” w obliczu masowego pogwałcenia procedur w tak newralgicznym obszarze pokazuje, jak daleko naszemu systemowi ochrony zdrowia do kultury jakości i bezpieczeństwa.


Maria Libura
Maria Libura
Ekspert CA KJ ds. służby zdrowia, kierownik Zakładu Dydaktyki i Symulacji Medycznej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego
< Powrót do listy Komentarze