Michał Lubina

Papież Franciszek – azjatycki mediator

 

Papież Franciszek w ostatnich dniach odwiedził Birmę i Bangladesz. Szczególnie wizyta w Birmie była niezwykle ważna, gdyż papież wziął na siebie bardzo trudne zadanie mediacji w imię prześladowanej muzułmańskiej mniejszości Rohingya w Birmie. Trudno wyrokować, czy papież osiągnął zamierzone cele wizyty, jednak po raz kolejny Franciszek pokazał, że jest wytrawnym dyplomatą.

Rohingya to prześladowany muzułmański lud liczący około miliona członków zamieszkujący birmański stan Arakan, graniczący z Bangladeszem. Rohingya są w Birmie nieuznaną grupą etniczną, bezpaństwowcami, których kolejne rządy birmańskie, przy pełnym poparciu narodu birmańskiego, traktują wrogo jako nielegalnych imigrantów. Birmańczycy nienawidzą Rohingya zgodnie, za to różnią się w doborze środków poradzenia sobie z nimi: liberałowie domagają się ich całkowitego wyrzucenia z Birmy. Zaś radykałowie „ostatecznego rozwiązania” kwestii Rohingya.

Z tego powodu prześladowania Rohingya w Birmie mają charakter systemowy. Do 2017 roku dwukrotnie (1978, 1991) setki tysięcy Rohingya zostały wygnane w ramach działań antypartyzanckich armii birmańskiej (później pozwalano im wracać, acz nie oddano im ziem i domów). Pod koniec sierpnia 2017 roku, w odpowiedzi na ataki partyzanckie Rohingya, armia birmańska zastosowała odpowiedzialność zbiorową, doprowadzając do ucieczki ok. 630 tysięcy Rohingya do Bangladeszu. Exodus Rohingya stał się największą katastrofą humanitarną na świecie w ostatnich 20 latach, zaś ONZ nazwał ich prześladowania „podręcznikowym przykładem czystki etnicznej”.

Tragedia Rohingya wywołała diametralnie różne postawy. W świecie zachodnim dominuje potępienie ich prześladowań (Rohingya doganiają Tybetańczyków wśród najbardziej popularnej w zachodnich mediach uciskanej mniejszości na świecie) oraz krytyka władz Birmy, w tym przede wszystkim pokojowej Noblistki Aung San Suu Kyi (nie odpowiadającej za represje Rohingya a jedynie niepomagającej im ani słowem ani czynem), która wraz z armią współrządzi krajem. W Birmie jest dokładnie odwrotnie: społeczeństwo udziela pełnego poparcia dla działań armii, zaś jej głównodowodzący, generał Ming Aung Hlaing, stał się w ciągu ostatnich miesięcy drugim najpopularniejszym, po Suu Kyi, politykiem. Co więcej, Birmańczycy są wściekli na płynącą z Zachodu krytykę oraz wyrażają pełne wsparcie dla Suu Kyi.

Sytuacje komplikuje geopolityczne położenie Birmy, która w ciągu kilku ostatnich lat – z pomocą Waszyngtonu – urwała się spod chińskiej kurateli na rzecz reglamentowanego (przez armię birmańską) otwarcia na Zachód. Teraz sytuacja może się odwrócić, jeśli Zachód zechce naciskać na Birmę zbyt mocno w kwestii Rohingya, bo Birmańczycy mają długie tradycje dumnej niezależności. Co więcej, Chińczycy już wyrazili pełne wsparcie dla działań armii birmańskiej i będą służyć bratnią pomocą – za którą naturalnie każą sobie słono zapłacić – w razie próby nałożenia na Birmę sankcji w ONZ.

Oprócz problemów globalnych pojawiły się również regionalne. Biedny i przeludniony Bangladesz nie jest w stanie wykarmić pół miliona uchodźców. Niechętne ich przyjęciu są również sąsiednie kraje, takie jak Tajlandia, Indie, Malezja czy Indonezja (dwa ostatnie bardzo głośno wyrażają oburzenie krzywdą prześladowanych współbraci w wierze, co wszakże nie przekłada się na ich chęć do realnej pomocy dla Rohingya). Sąsiedzi Birmy odsyłają Rohingya z powrotem albo traktują ich jako współczesnych niewolników. To powoduje, że w południowej części Azji mamy półmilionową masę wysiedlonych uchodźców, których nikt nie chce i z którymi nikt nie wie co zrobić. Za to na Zachodzie wielu wspiera ich moralnie i pochyla się (słownie) nad ich ciężkim losem.

Papież przybywał więc do istnej beczki prochu. Układanka medialno-polityczna wokół Rohingya sprawiła, że podstawowym pytaniem tej pielgrzymki było czy chrześcijański przywódca upomni się w buddyjskiej Birmie o prześladowanych muzułmanów. W zdominowanej przez medialną logikę rzeczywistości dzisiejszej polityki nabrało to skrótowego pytania: czy papież użyje (zakazanego w Birmie) słowa Rohingya?

Namawiały go do tego usilnie zachodnie środowiska liberalne wierzące, że takie dawanie świadectwa ma sens, bo wywiera polityczną presję (no i jest słuszne moralnie). A i sam papież dawał podstawy sądzić, że jest do tego zdolny. Już raz użył tego słowa (w Watykanie), a doświadczenie jego „zaangażowanego pontyfikatu” upominającego się o najbiedniejszych kazało sądzić, iż może to zrobić ponownie – tym razem w Birmie. Gdyby tak się stało, Franciszek zirytowałby birmańskich decydentów, dla których pielgrzymka była dobrą okazją do przerwania dyplomatycznej izolacji ich kraju i rozsierdził buddyjskich radykałów.

Buddyjscy mnisi, awangarda nacjonalistycznej fali rozlewającej się po Birmie, już ostrzyli sobie noże na miejscowych chrześcijan, których mogliby wtedy łatwo powiązać ze znienawidzonymi muzułmanami. Nad tolerowaną w ostatnich latach i liczącą od 700 tysięcy do 2 milionów (w większości protestancką)  społecznością chrześcijańską w Birmie, zawisła groźba powrotu do prześladowań z lat 90-tych XX wieku: siłowych konwersji na buddyzm, burzenia kościołów bądź przerabiania ich na pagody oraz agresji fizycznej. To dlatego birmańscy chrześcijanie, o których w zgiełku medialnym przy okazji pielgrzymki trochę zapomniano, wprost apelowali do papieża o niewypowiadanie słowa Rohingya.

Z tej arcytrudnej sytuacji Franciszek wybrnął błyskotliwie. Odwiedził zarówno Birmę jak i Bangladesz, dając tym samym pośrednio do zrozumienia, że problem dotyczy obu tych krajów. Będąc w Birmie nie wspomniał o Rohingya i nie użył tego słowa. Mówił natomiast o pokoju i konieczności zgodnego współistnienia wielu religii. Już w Bangladeszu spotkał się z uchodźcami i użył podczas prywatnej audiencji nazwy Rohingya, dając im tym samym wsparcie moralne i pokazując, że nie poddaje się birmańskiemu dyktatowi.

Wreszcie najważniejsze, Franciszek spotkał się z generałem Ming Aung Hlaingiem, głównodowodzącym birmańską armią. Chociaż spotkanie z człowiekiem podejrzewanym o zbrodnie przeciw ludzkości musiało być dla Franciszka doświadczeniem ciekawym i wątpliwe by w piętnastominutowej rozmowie toczonej przez tłumaczy był on w stanie przekonać go do chrześcijańskiej zasady miłowania nieprzyjaciół, to jednak tylko działanie zakulisowe daje jakiekolwiek nadzieje na pomoc dla Rohingya. Do generałów birmańskich – faktycznych panów życia i śmierci Rohingya – trzeba mówić językiem dla nich zrozumiałym (to znaczy „jak nie spalicie tej wsi, to odblokujemy wam konto w banku szwajcarskim”), z dala od mediów i błysku fleszy. Franciszek zrozumiał, że tylko przez dyplomację gabinetową może on cokolwiek dla Rohingya zrobić.

Kompromisowa postawa Franciszka spotkała się – naturalnie – z krytyką płynącą z dwóch skrajności: liberalni publicyści na Zachodzie zaatakowali Franciszka za nieużycie słowa Rohingya w Birmie, zaś birmańscy radykałowie za sam fakt wypowiedzenia tego terminu, ale ogółem pielgrzymkę uznaje się za udaną. Franciszek zaprezentował dyplomację na najwyższym poziomie, upominając się o prześladowanych w mądry, niekonfrontacyjny sposób. Pytanie tylko czy miał on wystarczająco dużo do zaoferowania generałom birmańskim?


Michał Lubina
Michał Lubina
Adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego, stały współpracownik „Nowej Konfederacji”
< Powrót do listy Komentarze