dr Michał Kuź

Trwała prowizorka Katalonii?

 

Przewodniczący katalońskiego rządu ogłosił niepodległość regionu równocześnie opóźniając wprowadzanie tej decyzji w życie. Jest to kolejny etap tarć pomiędzy władzami tego hiszpańskiego regionu a rządem w Madrycie. Wiele wskazuje na to, że sprawa Katalonii stanie się kolejnym zamrożonym konfliktem secesjonistycznym w Europie. Nie będzie na razie ani pełnej niepodległości, ani pełnego powrotu do status quo.

Pole manewru przewodniczącego katalońskiego rządu Carlesa Puigdemonta jest bardzo małe. Jego sytuacja ma w sobie wręcz coś z antycznej tragedii. Widać to doskonale w dwuznacznym oświadczeniu, które wczoraj Puigdemont złożył. Z jednej strony podpisał deklarację niepodległości, z drugiej poprosił deputowanych katalońskiego parlamentu, by odroczyli jej wprowadzenie w życie o kilka tygodni, by pozwolić na negocjacje z rządem w Madrycie. Madryt zareagował na takie działania wrogo, podobnie zresztą jak radykalni zwolennicy niepodległości spod znaku marksistowsko-anarchistycznej partii Candidatura d’Unitat Popular (CUP), która jest jednym z kluczowych koalicjantów Puigdemonta. Postawa CUP jest przy tym ciekawym przykładem umierania dawnych ideałów europejskiej lewicy, która wyraźnie nie ma już żadnych ponadnarodowych, „międzynarodówkowych” ambicji.  Dawne partie lewicowe albo idą więc w kierunku globalistycznego liberalizmu, albo wprost przeciwnie, w kierunku nieprzejednanego nacjonalizmu.

Zarówno centrystyczni hiszpańscy patrioci jak i liberałowie są zaś obecnie coraz bardziej przeciwni niepodległości. Z Katalonii masowo ucieka kapitał, a przedstawiciele świata biznesu otwarcie krytykują secesjonistów. Zmieniają się też poglądy wielkiego kupieckiego miasta, jakim jest Barcelona. Świadczy o tym choćby ostatnia wielka demonstracja zwolenników pozostania w Hiszpanii oraz wpisy, które w mediach społecznościowych zamieściła burmistrz miasta. Stwierdziła ona, że boi się zarówno jednostronnej niepodległości, jak i zawieszenia katalońskich władz na mocy 155 artykułu hiszpańskiej konstytucji.

Klimat międzynarodowy także wybitnie nie sprzyja niepodległej Katalonii. Komisja Europejska jednoznacznie stwierdziła, że secesja jest równoznaczna z wyjściem z UE, a ponowne przyjęcie odbędzie się na normalnych warunkach, bez tzw. „szybkiej ścieżki”. Przyjęcie Katalonii do wspólnoty musiałaby więc poprzeć również Hiszpania. Dla małego regionu, jakim jest Katalonia, nagła izolacja w Europie byłaby zaś katastrofą. Mało tego, przewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans posunął się do dania Madrytowi „mandatu” do użycia siły, jeśli będzie to konieczne.

W związku z tym to premier Hiszpanii Mariano Rajoy ma dziś wszystkie poważne narzędzia polityczne po swojej stronie. Katalońska próba secesji wydaje się zaś tak nieprzemyślana i destabilizująca, że trudno dziwić się tym, którzy doszukują się tutaj dywersyjnych wobec Zachodu działań Putina. Z drugiej jednak strony, rząd Rajoya już raz przesadził z twardą presją. Najpierw bowiem nie zauważał referendum, a potem nagle wysyłał do rozpędzania secesjonistów uzbrojonych w pałki policjantów, co tylko Katalończyków rozjuszyło. Zawieszenie regionalnego rządu Katalonii i możliwe aresztowanie jego członków jest obecnie przedmiotem debaty hiszpańskiej rady ministrów.

Wydaje się jednak bardziej prawdopodobne, że na razie Madryt zgodzi się na negocjacje, nawet jeśli będą to tylko negocjacje pozorowane. Współczesna Hiszpania z rozmaitych przyczyn społecznych nie ma takiego potencjału do etnoseparatystycznej wojny domowej, jaki w latach dziewięćdziesiątych wykazywała na przykład Jugosławia. Równocześnie obserwatorzy hiszpańskiej sceny politycznej zwracają uwagę, że właśnie daleko idące ustępstwa wobec regionalizmów, zwłaszcza dotyczące kontroli nad systemem edukacji, mogły doprowadzić do wyhodowania w Katalonii tak agresywnego separatyzmu.  Rząd Rajoya nie chce do tego stracić twarzy nagradzając działania, w jego ocenie, bezprawne.

W efekcie, jak to często bywa w świecie polityki, najtrwalsza może się okazać prowizorka, a Katalonia będzie trwać w zawieszeniu być może aż do następnych hiszpańskich wyborów (2020). Oczywiście wyników ulicznego referendum z amatorsko drukowanymi kartami do głosowania nie można traktować poważnie. Być może trzeba więc będzie poczekać aż nastroje ostygną i powtórzyć głosowanie, tym razem z niezależnymi obserwatorami i uczciwą kampanią z obu stron. Co więcej, zgodnie z prawem podobne referendum trzeba byłoby potem powtórzyć w reszcie Hiszpanii i zapytać, czy zgadza się ona na rozwód z Katalonią. Do takiego podejścia nie ma jednak na razie gotowości politycznej.

Polska powinna zaś w tym kontekście pamiętać, jak ważnym partnerem jest dla niej Królestwo Hiszpanii. Dziś to ono tonuje bowiem macronowski euroszowinizm, chociażby w sprawie pracowników delegowanych. Co więcej, podobnie jak Polska, Hiszpania jest zdecydowana, by problem masowej migracji rozwiązywać raczej u źródła niż niefrasobliwie otwierać granice. Mała i słaba Katalonia, której polityka do tego skażona jest piorunującym koktajlem marksistowsko-nacjonalistycznym, nie ma zaś Rzeczpospolitej zbyt wiele do zaoferowania.


dr Michał Kuź
dr Michał Kuź
Ekspert CA KJ ds. polityki międzynarodowej, doktor nauk politycznych, adiunkt na Uczelni Łazarskiego, komentator i publicysta, redaktor „Pressji"
< Powrót do listy Komentarze