Maria Libura

Komercjalizacja zamiast prywatyzacji. Ministerstwo Zdrowia idzie śladem poprzedników

 

Projekt nowelizacji ustawy o działalności leczniczej, przedstawiony przez ministra Konstantego Radziwiłła 13 czerwca, po rozmowie z premier Beatą Szydło został wycofany z konsultacji publicznych. Powód wydaje się oczywisty ‒ wbrew zapowiedziom z kampanii wyborczej, propozycja resortu zdrowia mocno nawiązuje do pomysłów poprzedniego rządu. Różnica polega na tym, że zamiast prywatyzacji szpitali proponuje się ich komercjalizację, a zamiast jasnego planu wzrostu nakładów na ogólnodostępne świadczenia zdrowotne pojawia się pomysł dofinansowania sektora publicznego poprzez jego wejście na rynek komercyjny.

Zdaniem urzędników ministerstwa proponowana w nowelizacji sprzedaż usług komercyjnych powinna zwiększyć przychody publicznych placówek ochrony zdrowia o 5%, czyli około 2 miliardy złotych. Zmiana ta ma pozwolić na usunięcie istniejących obecnie nierówności pomiędzy szpitalami publicznymi a tymi, które zostały przekształcone w spółki prawa handlowego.  Odziedziczona po poprzednikach sytuacja jest bowiem kuriozalna – placówki niepubliczne wyposażono w prawo oferowania tych samych usług jednocześnie odpłatnie i „na NFZ”, czego nie wolno robić placówkom publicznym.

Warto jednak przypomnieć, że sytuacja, w której działalność komercyjna przenika się z wypełnianiem zadań publicznego systemu ochrony zdrowia, w czasie kampanii wyborczej była piętnowana przez Prawo i Sprawiedliwość jako patologia. Ponadto, jednym ze sztandarowych zarzutów, jakie PiS wysuwało wobec Platformy Obywatelskiej, była ekonomizacja służby zdrowia, której symbolem stało przekształcanie publicznych szpitali w spółki prawa handlowego.

Co więcej, PiS w kampanii wyborczej obiecywało „bezpłatną służbę zdrowia”, w której „pacjent przestanie być pozycją w bilansie, a lekarz księgowym”, a premier Beata Szydło w swoim exposé deklarowała, że każdy polski obywatel ma „wiedzieć, że ta  pomoc [medyczna – przyp. CA KJ] zostanie mu udzielona szybko, (…) i że będzie to pomoc bezpłatna”.  Miało się to stać dzięki wyraźnemu oddzieleniu prywatnej sfery świadczeń komercyjnych od publicznej służby zdrowia.

Propozycja ministerstwa nie tylko daleko odbiega od wyborczych obietnic, ale – jak wskazują krytycy – wydaje się także niespójna z niedawno uchwaloną ustawą o sieci szpitali. Skoro bowiem zgodnie z nową filozofią przyświecającą sieci szpitali kontrakty na świadczenia limitowane zastąpi ryczałt, teoretycznie oznaczający brak limitów, to skąd będzie wiadomo, kiedy ryczałt się wyczerpie i będzie można pobrać opłatę od pacjenta? Po drugie, z jakiej racji chorzy oczekujący na objęte ryczałtem świadczenia będą kolejkowani, gdy w tym samym szpitalu te same usługi będą wykonywane odpłatnie?

Pojawiają się też obawy, że spowoduje on wzrost nierówności w dostępie do opieki zdrowotnej wynikający z podziału pacjentów na uprzywilejowanych (płacących) i gorszych (korzystających ze świadczeń finansowanych przez NFZ). Z kolei przedstawiciele ministerstwa zapewniają, że proponowane rozwiązanie w żaden sposób nie ograniczy uprawnień pacjentów do nieodpłatnych świadczeń, gdyż będą one udzielane na dotychczasowych zasadach. W praktyce będzie to jednak oznaczać, że pacjent bez pieniędzy czy dodatkowych ubezpieczeń nadal będzie czekał w kolejce, ewentualnie będzie mógł się zadłużyć, by ratować własne zdrowie.

Trzeba jednak podkreślić, że nie będzie to w żadnym przypadku nowa sytuacja. Nierówności w polskim systemie ochrony zdrowia są obecne od dawna. Pacjenci, których na to stać, mogą przecież zakupić usługi w ramach z prywatnej opieki medycznej, a wielu przedstawicieli tzw. klasy średniej korzysta z abonamentów medycznych zapewnianych przez pracodawcę. Propozycja nowelizacji nie tyle wprowadza więc nierówności, co je silnie utrwala, poddając im ostatni bastion przynajmniej formalnej równości, czyli publiczne placówki służby zdrowia. Tłumaczenie ministerstwa, jakoby nowelizacja służyła interesom pacjentów poszerzając przysługujące im możliwości wyboru usług komercyjnych, nie wydaje się przekonywujące. Zmiana dotyczy bowiem wyłącznie grupy uprzywilejowanej ekonomicznie:  pacjent z pieniędzmi będzie mógł wybrać, czy chce nimi wzbogacić prywatny lub publiczny sektor ochrony zdrowia.

Co szczególnie ważne, nie musi to w żadnym wypadku oznaczać, że osoby zamożne kupując świadczenia płatne uwolnią zasoby dla uboższych. Doświadczenia światowe pokazują, że bardziej realny jest scenariusz dokładnie odwrotny. Nietrudno sobie bowiem wyobrazić, że świadczenia „bezpłatne”, czyli realizowane w ramach powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego lub z budżetu, staną się dobrem szczególnie pożądanym, które łatwiej będzie uzyskać osobom z lepszym wykształceniem i wyższym statusem społeczno-ekonomicznym choćby tylko dzięki zamieszkiwaniu w dużym mieście czy lepszemu dostępowi do obsługi prawnej, o tzw. wpływach nieformalnych nie wspominając.

Podsumowując, proponowany projekt nowelizacji wydaje się wyraźnym sygnałem ze strony Ministerstwa Zdrowia, że – niestety – nie należy spodziewać się dopływu środków finansowych do publicznego systemu ochrony zdrowia, a tym samym poprawy dostępności świadczeń w ramach NFZ, czyli w praktyce skrócenia kolejek. Problemy z wprowadzeniem reform po raz kolejny pokazują, że – mimo zmian na stanowisku ministrów – nadal brakuje spójnego pomysłu na nowy model funkcjonowania tego sektora i jego finansowanie.

Paradoksalnie warto jednak docenić, że po raz pierwszy od wielu lat tak mocno wybrzmiał w debacie publicznej problem nierówności w systemie ochrony zdrowia w Polsce.  Należy mieć tylko nadzieję, że doprowadzi ona do wzrostu świadomości społecznej i otworzy furtkę do zmian, które zmierzać będą do bardziej sprawiedliwego systemu, wyrównującego szanse nie tylko szpitali, ale także pacjentów.


Maria Libura
Maria Libura
Ekspert CAKJ ds. zdrowia, dyrektor Instytutu Studiów Interdyscyplinarnych w Uczelni Łazarskiego
< Powrót do listy Komentarze