dr Jacek Sokołowski

Zmiana stawek adwokackich uderzy w uczciwych i niezamożnych

 

W ubiegłym tygodniu weszły w życie przepisy o zmianie wysokości opłat za czynności adwokatów i radców prawnych, cofające podwyżkę stawek wprowadzoną przez ministra Borysa Budkę. Choć zmiana ta wydaje się korzystna dla obywateli, w istocie taką nie jest ‒ koszty wynajęcia profesjonalnego pełnomocnika nie zmienią się ani o grosz, natomiast osoba wygrywająca proces w sądzie będzie musiała dopłacić do tego sukcesu. W rezultacie w niektórych kategoriach spraw dochodzenie słusznych roszczeń może stać się ekonomicznie nieopłacalne.

27 października weszły w życie rozporządzenia ministra sprawiedliwości obniżające wysokość opłat za czynności adwokatów i radców prawnych (Dz. U. 2016, poz. 1667 i 1668). Tym samym cofnięta zostaje podwyżka stawek obowiązująca od początku 2016 roku. Komunikaty z ministerstwa oraz ich echa medialne sugerują, że jest to zmiana korzystna dla „zwykłego człowieka”, który będzie mógł dzięki niej korzystać z tańszych usług prawniczych. W istocie jest niemal dokładnie odwrotnie. Paradoks? Tylko pozornie. Aby zrozumieć dlaczego tak jest, należy przyjrzeć się polskiemu systemowi honorariów prawniczych i zasadom zwrotu kosztów procesu, w szczególności roli, jaką rolę pełnią w nim tzw. „stawki minimalne”.

Biorąc pod uwagę źródło przychodu prawnika, wszystkie prowadzone przez niego sprawy podzielić można na dwie kategorie: sprawy z wyboru i sprawy z urzędu. W tych pierwszych stawka ustalana jest na zasadach rynkowych – klient płaci tyle, na ile się umówił, choć warto dodać, że w ostatnich latach w wyniku otwarcia zawodów prawniczych usługi te znacząco potaniały. Ministerialne rozporządzenia nie mogą tu niczego zmienić. Inaczej rzecz ma się w przypadku tzw. spraw z urzędu, w których prawnik bezwzględnie musi podjąć się reprezentowania osoby nieposiadającej wystarczających środków finansowych i otrzymującej w związku z tym od państwa pomoc prawną. Honorarium adwokackie pokrywa wtedy Skarb Państwa, a jego wysokości ustala nie rynek, lecz minister sprawiedliwości. Jak łatwo się domyślić, czyni to znacznie poniżej rynkowych cen usług prawniczych, co dla adwokata w znakomitej większości przypadków czyni reprezentację z urzędu nieopłacalną. Dla przykładu za sprawę z zakresu prawa pracy otrzyma on obecnie pomiędzy 60 a 180 złotych, a za rozwód 360 zł i to niezależnie od stopnia skomplikowania i czasu trwania procesu. Obowiązek podejmowania się zastępstwa z urzędu stanowi zatem w istocie formę daniny publicznej w postaci prawie darmowej pracy, do świadczenia której państwo przymusza zawodowych pełnomocników.

Oznacza to, że podwyżka stawek za sprawy z urzędu w żaden sposób nie pogarsza sytuacji klientów, gdyż to nie oni płacą wynagrodzenie swojemu prawnikowi. Dążenie do utrzymania stawek na niskim poziomie tłumaczyć należy raczej oszczędnościami budżetowymi. Państwo, które jest zobowiązane zapewnić niezamożnym obywatelom dostęp do fachowej pomocy prawnej, stara się po prostu  robić to jak najtaniej. Pytanie, czy jest to rozwiązanie optymalne, zważywszy, że niskie honoraria mogą prowadzić do otrzymywania przez klientów z urzędu niższej jakości usług.

Nie jest to jednak jedyny problem związany z wysokością stawek minimalnych. Odgrywają one bowiem jeszcze jedną, niezwykle ważną rolę w tzw. sprawach z wyboru. Rozporządzenia regulujące stawki nakładają bowiem na sądy obowiązek ich stosowania również do określenia kosztów procesu, których istotną, a nierzadko dominującą część stanowią tzw. koszty zastępstwa, czyli wynagrodzenie prawnika. Zgodnie z art. 98 kpc strona przegrywająca powinna przeciwnikowi te koszty zwrócić. Ale w obowiązującym w Polsce modelu nie ma obowiązku zwrotu kosztów zastępstwa w całości, a jedynie w wysokości „słusznej” –  to znaczy takiej, jaką określił minister sprawiedliwości w rozporządzeniu regulującym stawki minimalne za sprawy z wyboru. Innymi słowy nawet wygrywając proces, muszę do niego w pewnym stopniu dopłacić.

Dlaczego? Ponieważ adwokat i radca prawny nie podejmą się sprawy z wyboru za wynagrodzenie w wysokości stawki minimalnej, lecz zażądają od klienta ceny rynkowej. Co prawda w przypadku wygrania sprawy klient otrzyma od przeciwnika zwrot honorarium adwokackiego, ale jedynie w wysokości stawki minimalnej. Teoretycznie może ona zostać przez sąd podwyższona do maksymalnie swojej sześciokrotności, jeżeli jest to uzasadnione niezbędnym nakładem pracy pełnomocnika. Ale tylko teoretycznie. Sądy bardzo niechętnie zasądzają bowiem koszty zastępstwa w wysokości większej niż stawka minimalna. Co prawda zdarza się przyznanie ich dwu-, a czasem nawet trzykrotności, ale zasądzenia wyższe są absolutną rzadkością.

System finansowania kosztów procesowych posiada jeszcze jedną wadę. W większości spraw uzależnia on wysokość stawki od wartości przedmiotu sporu, wychodząc z założenia, że czym wyższe roszczenie, tym trudniejszy proces. Nie jest to jednak prawda – możliwe są przecież trudne i skomplikowane procesy o drobne kwoty. System stawek zupełnie nie uwzględnia tego faktu, co w praktyce czyni nieopłacalnym dochodzenie trudniejszych roszczeń o niewielkiej wysokości. Nie opłaca się bowiem procesować o roszczenia, których wartość jest porównywalna z wysokością honorarium, jakie trzeba za ich dochodzenie zapłacić, ponieważ w najlepszym wypadku wygrana w procesie oznaczać będzie zerową korzyść ekonomiczną ‒ większość wygranej kwoty pochłonie honorarium adwokata.

Podsumowując, należy stwierdzić, że „reforma Budki” nie dotykała istoty problemu, czyli nie podważała zasady, że wygrywającemu proces nie należy się zwrot całego zapłaconego przezeń honorarium adwokackiego. Łagodziła jednak w pewnym stopniu generowane przez system absurdy, znacząco podwyższając same stawki. Ich cofnięcie do poziomu z 2015 roku nie wpłynie na wynagrodzenia adwokatów i radców prawnych w sprawach z wyboru i nie obniży cen ich usług. Uderzy natomiast w osoby wygrywające procesy cywilne.


dr Jacek Sokołowski
dr Jacek Sokołowski
Ekspert CA KJ ds. wymiaru sprawiedliwości
< Powrót do listy Komentarze