Piotr Trudnowski

Znak „polski produkt” raczej zaszkodzi niż pomoże patriotyzmowi gospodarczemu

 

Polacy przy półkach sklepowych będą wprowadzani w błąd z powodu przepisów, które – jak się wydaje – w dobrej wierze i celem lepszej informacji konsumentów zaproponował rząd. Efekt będzie jednak dokładnie odwrotny od zamierzonego.

Z początkiem sierpnia do Sejmu wpłynął przygotowany przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi projekt ustawy wprowadzającej zasady posługiwania się przez producentów produktów rolno-spożywczych oznaczeniem „polski produkt”. Niestety projekt ten definiuje „polskość produktu” w sposób mało precyzyjny i mijający się z tym, co według badań Polacy rozumieją pod tym pojęciem. Co więcej pomysł nawet w rządzie budzi wątpliwości co do zgodności w prawem unijnym.

Ministerstwo chce wprowadzić przepisy określające, że informacją „produkt polski” i zaproponowanym przez resort znakiem będzie można oznaczać tylko takie towary, które zostały wyprodukowane w Polsce z minimum 75% z surowców pochodzących z Polski, zaś pozostałe 25% to półprodukty, których nie można zastąpić krajowymi odpowiednikami. Umieszczanie zaproponowanej informacji będzie dobrowolną decyzją producenta, ale już używanie jej niezgodnie z powyższą definicją zagrożone będzie karą pieniężną o maksymalnej wysokości nawet 10% przychodu osiągniętego w poprzednim roku.

Intencje projektodawcy są zrozumiałe: w uzasadnieniu do projektu ministerstwo szeroko argumentuje na rzecz tezy, że pochodzenie produktu jest ważnym czynnikiem w wyborach konsumenckich. Patriotyzm gospodarczy Polaków wzrasta, więc dostrzeżenie tej tendencji przez resort zasługuje na pochwałę. Niestety zarówno zaproponowana definicja „polskiego produktu”, jak i racjonalność i skuteczność ustawowej regulacji w tym zakresie budzą poważne wątpliwości.

Co w praktyce oznacza bowiem zdefiniowanie „polskiego produktu” jako takiego, który został wyprodukowany w Polsce z minimum 75% surowców polskiego pochodzenia? Mniej więcej tyle, że z takiego oznaczenia będą mogły korzystać tak firmy polskie, jak i zagraniczne. Mówiąc obrazowo: klient stojący przed sklepową półką będzie miał do wyboru wyprodukowane z polskiego mleka jogurty zarówno międzynarodowej korporacji o niemieckim kapitale, jak i lokalnej, polskiej spółdzielni mleczarskiej. Na obydwu znajdzie taki sam znaczek używany z błogosławieństwem polskiego rządu.

Choć w uzasadnieniu do projektu znajdujemy wyniki szeregu badań określających znaczenie pochodzenia produktu dla konsumentów, to niestety urzędnicy nie sięgnęli do najświeższych informacji w tym zakresie precyzyjnie pokazujących, które towary Polacy uznają za polskie. Otóż według raportu IPSOS „Czy moda na polskość istnieje” (Badanie Omnibus przeprowadzone w marcu 2016 r. na reprezentatywnej próbie Polaków w wieku 15 lat+, N=1008) jedynie 8% badanych uznaje, że polskim jest produkt wytworzony w Polsce przez firmę z zagranicznym kapitałem! Aż 66% badanych uważa natomiast, że pod pojęciem „produkt polski” kryją się dopiero te towary, które zostały wyprodukowane w Polsce przez podmiot z polskim kapitałem. Dość jasno wskazuje to, że przyjęta przez ministerstwo definicja jest mocno rozbieżna z intuicyjnymi oczekiwaniami konsumentów. W praktyce Polacy przy półkach sklepowych będą wprowadzani w błąd z powodu przepisów, które – jak się wydaje – w dobrej wierze i celem lepszej informacji konsumentów, zaproponował rząd. Efekt będzie jednak dokładnie odwrotny od zamierzonego.

Drugim poważnym obszarem wątpliwości są kwestie podniesione w ramach uzgodnień międzyresortowych przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. W swojej opinii resort zwrócił uwagę, że proponowane przepisy „budzą zastrzeżenia pod kątem zgodności z traktatową zasadą swobodnego przepływu towarów” oraz „istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że taka właśnie byłaby kwalifikacja tej regulacji przez Trybunał Sprawiedliwości UE”. Ministerstwo proponuje co prawda linię argumentacyjną w ewentualnym sporze przed TSUE, ale zaznacza, że wymaga ona udowodnienia, że nie ma „innego, alternatywnego środka osiągnięcia założonego celu ochrony konsumentów przed nieprawdziwymi informacjami dotyczącymi pochodzenia produktów”. Tymczasem alternatywny sposób poradzenia sobie z problemem przywołuje… sam projektodawca!

Jak czytamy w uzasadnieniu do projektu, „obecnie, podając informację >produkt polski< w oznakowaniu środka spożywczego, podmiot musi spełniać warunki polskiego pochodzenia we wszystkich aspektach dotyczących środka spożywczego (surowców, miejsca przetworzenia, a nawet własności przedsiębiorstwa)”. Wynika to z art. 36 rozporządzenia (UE) nr 1169/2011. Stanowi ono, że podawane informacje o produkcie nie mogą wprowadzać konsumenta w błąd ani dezorientować go, a także nie mogą być niejednoznaczne.

Podczas analizy nawiązujących do polskości oznaczeń na produktach widać, że rzeczywiście mamy problem z „podszywaniem się” zagranicznych firm pod patriotyczne skojarzenia. By zapobiegać temu procederowi, wystarczy jednak zacząć korzystać z już istniejących narzędzi prawnych. MRiRW powołuje się zresztą w uzasadnieniu do swojego projektu na wyroki sądów administracyjnych, które potwierdziły, że na podstawie dziś obowiązujących przepisów przeciwdziałać takim procederom mogą – poprzez nakładanie kar finansowych – podległe resortowi inspekcje, które zresztą wedle planów resortu mają być w najbliższym czasie konsolidowane.

Ministerstwo zamiast tego proponuje dodatkową regulację, która nie tylko nie ma szans być skuteczną, ale też zwiększy informacyjny chaos u patriotycznie nastawionych konsumentów. Co najgorsze narazi ideę wybierania polskich produktów na śmieszność, a Polskę na kosztowny wizerunkowo spór na europejskiej arenie. Kolejny raz potwierdza się powiedzenie, że piekło nadregulacji wybrukowane jest dobrymi intencjami.


Piotr Trudnowski
Piotr Trudnowski
Członek zarządu Klubu Jagiellońskiego. Zajmuje się polityką obywatelską, patriotyzmem gospodarczym i finansowaniem społecznościowym.
< Powrót do listy Komentarze
 
  • KOMENTARZE
    • Monopol PKP Intercity uderzy w polskie firmy
      Bartosz Jakubowski

      Monopol PKP Intercity uderzy w polskie firmy

       
      Zakończenie w 2015 roku możliwości wydatkowania środków z Funduszu Spójności na tabor kolejowy znacząco zmniejszyło zapał inwestycyjny PKP Intercity i samorządów w tej dziedzinie. Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można przyjąć, że gdyby PKP Intercity mogło skorzystać z funduszy unijnych, to już dawno zamówiłoby kolejne 10 Dartów z bydgoskiej Pesy.

  • PUBLIKACJE
    • RAPORT: W czyim interesie? O organizacjach zarządzania prawami autorskimi
      dr Bartłomiej Biga

      RAPORT: W czyim interesie? O organizacjach zarządzania prawami autorskimi

       
      Działalności organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskim – takich jak ZAiKS , STOART, SWAP czy ZPAV – towarzyszy szereg absurdów i patologii. Tylko w 2015 odnotowały one łączne przychody z opłat za eksploatację praw autorskich na kwotę ponad 611 milionów złotych. Zebrały też pokaźny majątek: sam ZAiKS wykazuje w swoich sprawozdaniach wartość inwestycji krótkoterminowych na kwotę ponad miliarda złotych. – Organizacje te muszą być poddawane znacznie...

      Czytaj więcej

  • AKTUALNOŚCI