dr Michał Kuź

Dystans od Waszyngtonu wspólną cechą amerykańskich kandydatów

 

Kampania prezydencka i wyniki ostatnich prawyborów w USA pokazują jedno: rozczarowanie dotychczasowymi elitami sięga zenitu. Jest niemal równie silne w elektoratach obu partii.

Wśród demokratów Hillary Clinton wygrywa już dość wyraźnie. Dzieje się tak głównie dlatego, że ma do dyspozycji bajońskie sumy na kampanię i dobry kontakt z wyborcami afroamerykańskimi (decydują o tym głównie wpływy jej męża w tej społeczności). Clinton jest kandydatem o najgłębszym portfelu: wliczając to, co mają popierające ją tzw. PACs (zorganizowane grupy niezwiązane formalnie kampanią, czyli de facto grupy interesów korumpujące amerykańską politykę) dysponuje dziś kwotą 188 milionów dolarów, a jednym z głównych sponsorów jej działalności jest George Soros. Na drugim miejscu widzimy Teda Cruza, który wciąż jeszcze ma nadzieję dogonić Trumpa (104,2 mln). Na trzecim – tu niespodzianka – lewicowy i rzekomo biedny jak mysz kościelna Bernie Sanders (96,3 mln). To nie koniec zaskoczeń: Donald Trump zebrał raptem 27,3 mln i jest dopiero na szóstej pozycji.

Tak niewielkie fundusze nie przeszkadzają jednak Trumpowi gromić wewnątrzrepublikańskich kontrkandydatów jak tylko się da. Poniedziałkowa seria prawyborów przyniosła mu kolejne zwycięstwa. Stracił wprawdzie Ohio, ale triumfujący tam senator Kasich nie ma właściwie żadnych szans na zwycięstwo. Trump zdobył za to Florydę, czyli niezwykle ważny stan z jedną z największych liczb głosów elektorskich spośród tych stanów, w których w poniedziałek miały miejsce prawybory.

Wyścig w USA utwierdza w przekonaniu, że nowy podział globalnej polityki to już nie lewica i prawica, tylko globaliści i lokaliści, „populizm” versus neoliberalny konsensus. Ten pierwszy to zakorzenienie i protekcjonizm, drugi – wielki kapitał i kosmopolityzm. Lokalista w polityce to też niewątpliwie człowiek, którego duże media związane z dużym kapitałem zawsze kochają nienawidzić i który otwarcie, często grubiańsko, rzuca wyzwanie poprawności politycznej. Postrzega ją bowiem jako coś co ma pudrować kandydatów mainstreamu: ludzi, którzy zwykle świetnie zauważają drzazgi seksizmu i nietolerancji, ale są tym bardziej ślepi na belki rosnących nierówności społecznych. Kandydat chcący chwycić za serce oburzony lud w sposób naturalny do poprawnościowego podejścia się dystansuje. Robi to w amerykańskiej kampanii nie tylko Trump, ale też – z dużo większym wdziękiem – i Bernie Sanders.

Trumpa nie cierpi główny nurt włącznie z mainstreamem jego własnej partii – zresztą z wzajemnością. Warto jednak wziąć pod uwagę, że prowokacje Trumpa są celowe i wyrachowane. Wie, że era nowych mediów i niezadowolonej spauperyzowanej klasy średniej to era, w której trzeba być wyrazistym. Trump zdaje sobie sprawę, że trzeba uciekać jak najdalej „od Waszyngtonu”: zwykli republikanie bowiem nienawidzą swoich elit. Nie ufa im sześciu na dziesięciu wyborców tej partii. Ted Cruz nawiązał walkę z Trumpem tylko dlatego, że zaczął ostro uderzać w republikański establishment. Lidera republikanów w senacie Mitcha McConnella Cruz nazwał nawet wprost kłamcą, oskarżając go tym samym o sprzyjanie instytucjom finansowym oskarżonym o niejasne machinacje. Mówił też, że nie jest częścią „żadnego establishmentu ani kartelu”.

Kolejnym ciekawym elementem populistycznego wizerunku Trumpa jest fakt, że jak na republikańskie neoliberalne standardy jest to najbardziej „lewicowy” kandydat od lat. W odróżnieniu od Cruza jest tylko umiarkowanym zwolennikiem wolnego handlu. W stosunku do Chin opowiada się wręcz za protekcjonizmem. Jako bodajże jedyny republikanin chce też podnieść płacę minimalną. W swoich działaniach biznesowych znany jest zaś z tego, że w odróżnieniu od inwestujących w skomplikowane narzędzia finansowe rekinów, on naprawdę tworzy miejsca  pracy w USA: zajmuje się bowiem przede wszystkim budownictwem i hotelarstwem.  To pozwala mu w kampanii stosować argument, że wie jak dawać pracę i chce, aby w USA powstawało więcej dobrze płatnych posad.

Wreszcie: Trump gra na tym, że Amerykanie nie lubią słabeuszy. Dlatego dba o wizerunek wielkiego biznesmena, choć tak naprawdę daleko mu jednak do rekinów z Wall Street. Znany ze swojego finansowego  sprytu Mitt Romney nazwał go wręcz „pozerem”. Sam Trump ocenia swój majątek na 6 mld dolarów, analitycy Forbesa mówią jednak o co najwyżej 200 milionach.

Czy Trump na realne szanse na prezydenturę? Raczej nie. Obecnie najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że Hillary Clinton sięgnie po nieco bardziej lewicowych niezadowolonych wybierając sobie Berniego Sandersa jako kandydata na wiceprezydenta. Według większości symulacji szansę na zwycięstwo w ostatecznym pojedynku z Clinton miałby obecnie jedynie Cruz.

Trump raczej w takim starciu przegra. Chyba, ze dokona kolejnej wolty i w głównym wyścigu schowa gębę, a pokaże poważną twarz męża stanu. Nowoczesne media i socjotechniki stwarzają potencjał dla takiej wizerunkowej wolty, jednak wciąż pozostaje ona bardzo trudnym manewrem.

Choć Clinton z pewnością będzie prezydentem bardziej przewidywalnym, niż mógłby być Trump, to raczej (jeśli wierzyć typologii znanego badacza stylów prezydenckich Stephena Skowronka) będzie ona przywódcą słabym, łączącym marazm i polityczną miałkość. Jej polityczna linia nie koresponduje z  nastrojami społecznymi: jeśli wygra, to najpewniej tylko dlatego, że wyborców antyestablishmentowych podzielili między siebie Trump (tych bardziej na prawo) i Bernie Sanders (tych bardziej na lewo), a w konsekwencji centrum i lewica uznać ją muszą za mniejsze zło. Być mniejszym złem od Trumpa to jednak słaby mandat.


dr Michał Kuź
dr Michał Kuź
Ekspert CA KJ ds. polityki międzynarodowej, doktor nauk politycznych, adiunkt na Uczelni Łazarskiego, komentator i publicysta, redaktor „Pressji"
< Powrót do listy Komentarze