prof. Sylwia Sysko-Romańczuk

Czy naprawdę uratowaliśmy maluchy?

 

W Polsce zaczął się sezon zimowych ferii. Jednak w wyniku cofnięcia reformy obniżającej wiek szkolny, wielu nauczycieli, uczniów, a przede wszystkim rodziców, nie może pozwolić sobie na spokojny wypoczynek. Zamiast obiecanej swobody wyboru, czeka ich chaos i niepewność w oczekiwaniu na decyzję większości. W konsekwencji początkowa euforia zwolenników kampanii „Ratujmy maluchy” może skończyć się poważnym bólem głowy.

Nie ma optymalnego wieku startu szkolnego. Zależy on od kontekstu oraz celów polityki edukacyjnej. Praktyka krajów europejskich w tej materii jest zresztą bardzo zróżnicowana. Choć zdecydowana większość (27 krajów) posyła do szkoły sześciolatki, to są kraje, w których naukę rozpoczyna się w wieku siedmiu lat (Szwecja, Bułgaria), a także takie gdzie do szkoły idzie już większość pięciolatków (Anglia), a nawet czterolatków (Irlandia Północna, Holandia).

Dlaczego zatem warto posłać sześciolatki do szkół? Głównymi argumentami przemawiającymi za reformą skutkującą obniżeniem wieku szkolnego były przede wszystkim chęć upowszechnienia opieki przedszkolnej (zwłaszcza na terenach wiejskich), a także wydłużenie aktywności zawodowej Polaków. Niestety reforma nie została dobrze przygotowana pod względem programowym, organizacyjnym i komunikacyjnym. Przede wszystkim nie zadbano o jej właściwe zrozumienie i poparcie w środowisku rodziców i nauczycieli, co wywołało protesty społeczne. Nie można bowiem lekceważyć głosu ponad miliona obywateli, domagających się powrotu do rozpoczynania nauki w szkole w wieku siedmiu lat. Ale jednocześnie nie można zapominać, że choć reformę wprowadziła PO, rozwiązanie to było wcześniej, bo w 2007 roku, przedmiotem dyskusji na poziomie MEN jako inicjatywa… klubu parlamentarnego PIS. Już ten fakt powinien wystarczyć, by nie upartyjniać sporu o wiek rozpoczynania nauki szkolnej.

W wyniku nowej ustawy, podpisanej dwa tygodnie temu przez prezydenta Andrzeja Dudę, o wieku szkolnym mają decydować rodzice – mogą posłać dzieci do szkoły w wieku sześciu lub siedmiu lat. Jednak wcześniejsza rekrutacja wymaga teraz uzyskania zaświadczenia o gotowości szkolnej dziecka. Czy rzeczywiście mamy do czynienia z „dobrą zmianą”? Niewątpliwie możliwość dokonywania wyboru przez rodziców dzieci sześcioletnich jest wartością samą w sobie. Reforma wprowadzona przez poprzedni rząd była krytykowana między innymi za to, że mimo zastosowania okresu przejściowego, mało elastycznie podchodziła do kwestii autonomii decyzyjnej rodziców.  Warto jednak zadać pytanie, jakie będą skutki decyzji o cofnięciu reformy, zarówno dla systemu oświaty w Polsce, jak i jego uczestników – szkół, nauczycieli, dzieci oraz rodziców.

Po pierwsze − kwestie programowe. Decyzja rządu spowodowała konfuzję w środowisku dyrektorów szkół i nauczycieli co do możliwości utrzymania dwóch, równoległych podstaw programowych na wszystkich poziomach edukacyjnych, osobno dla klas z dziećmi siedmioletnimi i osobno dla klas z dziećmi sześcioletnimi. To grozi chaosem organizacyjnym w szkołach i przedszkolach. Ponadto, pozostawienie „podstawy programowej dla sześciolatków” z dziećmi siedmioletnimi obniża poziom jakości nauczania w całym systemie oświaty. Z drugiej strony, powrót do „podstawy programowej dla siedmiolatków” jest niekorzystny dla dzieci sześcioletnich.

Po drugie, w wyniku zmian, rodzice dzieci osiągających wiek sześciu lat w 2016 roku mogą pozostawić dziecko jeszcze raz w grupie pięciolatków lub oczekiwać propozycji zorganizowania klasy „0”, co jeszcze wydaje się możliwe do wykonania. Natomiast rodzice sześciolatków, które rozpoczęły naukę w pierwszej klasie we wrześniu 2015 roku mają mieć możliwość pozostawienia dzieci na drugi rok w pierwszej klasie. To rozwiązanie jest całkowicie kuriozalne. Do tej pory brak promocji dziecka do następnej klasy był bowiem wyłącznie wynikiem „słabych wyników” i zależał od decyzji szkoły. Dziś będzie to decyzja rodzica wynikająca ze zmian administracyjnych w systemie oświaty.

Po trzecie, decyzję co do losu dzieci rodzice muszą podjąć najpóźniej do 31 marca. Oznacza to, że dyrektorzy szkół dopiero po Wielkanocy dowiedzą się, czy mają utworzyć drugą klasę, czy zostawić pierwszą. Ze względów finansowych, biorąc pod uwagę krótki czas, raczej nie będą w stanie uruchomić obydwu. Kto bowiem miałby sfinansować powstanie dodatkowych oddziałów? Zadłużone samorządy?

W rezultacie w szkołach będziemy mieli do czynienia z rocznikową luką – albo na poziomie klasy pierwszej, albo drugiej, która będzie miała daleko idące skutki. W konsekwencji, za kilka lat może się okazać, że połowa uczniów pierwszej klasy gimnazjum (o ile te szkoły przetrwają) będzie mieć 12 lat, a druga połowa – 13, co będzie rodziło konkretne trudności o charakterze zarówno dydaktycznym, jak i wychowawczym. Co więcej, sama procedura wyboru może paradoksalnie spowodować, że rodzice nie będą mieli wyboru − zdecyduje większość. Trudno bowiem wyobrazić sobie sytuację, w której dyrektor szkoły uruchomi oddział dla kilku dzieci, których rodzice byli w mniejszości.

Po czwarte, negatywne skutki decyzji rządu dotkną także rodziców najmłodszych dzieci, ubiegających się o przyjęcie do przedszkoli. Obniżenie wieku szkolnego było ukłonem w kierunku, i tak już słabych, samorządów, które muszą finansować przedszkola ze środków własnych, a nie z rządowej subwencji oświatowej. Natomiast obecna reforma sprawia, że w placówkach wychowawczych dla dzieci przedszkolnych może zabraknąć 300 tys. miejsc.

Wreszcie, wycofanie się z reformy oznacza zmarnowanie wysiłku organizacyjnego i finansowego nauczycieli, szkół i samorządów, a przede wszystkim uczniów z tzw. roczników „przejściowych”, którzy rozpoczęli naukę w wieku sześciu lat. Z tych powodów uważamy, że aktualna decyzja rządu pozostawia zbyt wiele niedomówień i ważna byłaby jasna deklaracja, czy rząd wycofuje się z reformy i ponownie podwyższa wieku rozpoczynania nauki do 7 lat, czy raczej zostaje przy poprzednim rozwiązaniu i pracuje nad jego modyfikacją. Dopiero wtedy, można będzie mówić o rozpoczęciu „dobrej zmiany” w edukacji.

dr Mikołaj Herbst

dr Mikołaj Herbst
Doktor nauk ekonomicznych, adiunkt na Uniwersytecie Warszawskim w Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych


prof. Sylwia Sysko-Romańczuk
prof. Sylwia Sysko-Romańczuk
Ekspert CAKJ ds. edukacji, profesor nadzwyczajny Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, doktor nauk ekonomicznych, Członek Rady Nadzorczej SELENA FM S.A.
< Powrót do listy Komentarze