dr Michał Kuź

Referenda w obecnym kształcie to psucie instytucji

 

Obrońcy idei reprezentacji politycznej nie dostrzegają jej globalnego kryzysu. Zwolennicy szerokiego stosowania referendów pomijają zaś fakt, że bez odpowiednich ram instytucjonalnych staną się one grą pozorów – aktem, który w teorii miał państwo wzmocnić, a w praktyce je osłabi

Kto ma rację w sporze o referenda? Czy obrońcy demokracji reprezentatywnej twierdzący, jak prof. Zoll, że nie po to wybieramy przedstawicieli, by o wszystko społeczeństwo ciągle pytać, czy też Prezydent Duda, stojący na stanowisku, że władza musi przede wszystkim spełniać oczekiwania obywateli tak dosłownie jak to możliwe?

Obie strony częściowo się mylą. Obrońcy instytucji reprezentatywnych i systemów partyjnych nie dostrzegają bowiem ich globalnego kryzysu. Zwolennicy szerokiego stosowania referendów nie dostrzegają zaś, że bez odpowiednich ram instytucjonalnych staną się one grą pozorów – aktem, który w teorii miał państwo wzmocnić a w praktyce je osłabi.

Bezpośrednim powodem obecnej gorączki referendalnej jest oczywiście ruch wykonany przez prezydenta Komorowskiego, który w ten sposób chciał rozładować jak najszybciej antysystemowy i, co bardzo ważne, antypartyjny bunt Kukiza. W pośpiechu powstały więc propozycje kuriozalne. Pytanie o JOWy jest niekonstytucyjne. Pytanie o finansowanie partii nie zawiera elementu wyboru, bo nie mówi, jaki alternatywny system finansowania miałby być wprowadzony. Pytanie o rozstrzyganie wątpliwości na korzyść podatnika straciło na aktualności wobec ostatnio przyjętej zmiany przepisów.

O ile jednak odpowiedź Komorowskiego na hasła Kukiza może się nie podobać, o tyle nie jest to bynajmniej reakcja na problem wydumany, który do Pawła Kukiza się ogranicza. Poszukiwanie procesów decyzyjnych bliższych demokracji bezpośredniej też samo w sobie nie musi być strategią chybioną. Wrogość wobec zarządzanego przez partie systemu demokracji reprezentatywnej ma swój szerszy kontekst.

Mówiąc w skrócie, we wszystkich skonsolidowanych demokracjach (według licznych badań) od kilkudziesięciu lat obserwujemy spadek zaufania do tradycyjnych partii politycznych i ciał parlamentarnych. Wynika to z wielu powodów, których nie sposób omówić tutaj szczegółowo – zmiana struktury mediów, zmiana stosunków pracy, wyczerpanie się narracji tradycyjnej lewicy i prawicy, etc.

W Europie Środkowo-Wschodniej procesy te mają jednak swój specyficzny posmak. O ile bowiem w krajach zachodnich mówi się o kryzysie tradycyjnych partii i spadku członkostwa przy średniej wynoszącej wciąż około 5% populacji, o tyle u nas po 1989 rozwinęły się głównie wąskie partie kadrowe. W Polsce, na przykład, do partii należy tylko 0.8% społeczeństwa, a zaufanie do nich, jako do instytucji, jest właściwie żadne.

To, że globalnie ludzie przestają ufać partyjnej demokracji reprezentatywnej nie znaczy jednak, że są anty-demokratyczni w ogóle. Demokracja to coś więcej niż procedury, to pewna idea i kultura. A w ramach tej kultury władza nie czuje się w pełni władzą, o ile nie ma legitymizacji popularnej. Jeśli zaś partie polityczne dostarczają tej legitymizacji coraz mniej, to władza sięga po inne środki. To nie przypadek, że według przeprowadzonych w 2007 roku badań, ilość ogłaszanych w demokracjach referendów od sześćdziesięciu lat stale rośnie.

W Polsce również, pod wpływem antypartyjnej fali niezadowolenia, władza w osobie prezydenta Komorowskiego, a potem Dudy, zdecydowała się eksperymentować z nowymi procesami decyzyjnymi.  I jest to w pełni zrozumiałe. Tyle, że nie było to poprzedzone namysłem systemowym i konstytucyjnym – choćby takim, jaki na łamach Nowej Konfederacji zaprezentował Piotr Trudnowski. W efekcie po chybionym pomyśle Komorowskiego, na zasadzie efektu domina nastąpiła licytacja na kolejne, przygotowywane równie pospiesznie propozycje. A w przypadku PiS zachodzi do tego uzasadnione podejrzenie, że chodzi o wzmocnienie wyniku wyborów poprzez połączenie głosowania z referendum.

Referenda wprowadzane w sposób bardziej planowy mogłyby bez wątpienia wzmocnić państwo i zaaktywizować obywateli. W obecnym kształcie zostaną zaś odebrane jako niesprawne instrumenty przechwycone przez wąskie grupy interesu.


dr Michał Kuź
dr Michał Kuź
Ekspert CA KJ ds. polityki międzynarodowej, doktor nauk politycznych, adiunkt na Uczelni Łazarskiego, komentator i publicysta, redaktor „Pressji"
< Powrót do listy Komentarze